Na przekór rakowi

Taka młoda i ma raka! Cóż, choroba nie wybiera... Ale już człowiek tak. Wbrew diagnozie, Kinga wybrała uśmiech zamiast łez. Wybrała życie. I na razie w tej walce to ona jest zwyciężczynią. Przeczytajcie rozmowę z autorką bloga “Taka młoda i ma raka”.

UNIKUM: Kiedy i w jaki sposób dowiedziałaś się o chorobie?  

Guzek w piersi znalazł mój mąż w trakcie zbliżenia, w styczniu 2019. Mogę śmiało powiedzieć, że uratował mi życie, bo choć wszędzie od dawna mówi się o samobadaniu nie robiłam tego prawie wcale. Z racji, że mój syn miał wtedy pół roku myślałam, że to jakieś zastoje pokarmu i nie przejęłam się tym szczególnie. Chciał wykonać USG, lecz powiedziano mi, że należy wykonać je w odpowiednim czasie cyklu miesięcznego. W międzyczasie moja córka trafiła do szpitala, więc ostatecznie udało mi się zbadać po jakiś 2 miesiącach. Niestety obraz był niepokojący, więc trafiłam na biopsje. Wynik jej był już jednoznaczny, przekazał mi go chirurg onkolog 2 kwietnia 2019. 

Jaka była Twoja pierwsza reakcja?  

Jak pewnie większość chorych, początkowo płakałam. Zastanawiałam się nad życiem po śmierci i przestraszyłam się na myśl, co ze mną będzie... Nie wyobrażałam sobie, że mogę następne miesiące spędzić w szpitalu z chustką na głowie i ziemistą cerą. Z czasem poczułam, że z tej mojej rozpaczy, która głównie uaktywniała się wieczorami, robi się łzawe okrutne bagienko. Bałam się, że jak w nim ugrzęznę, to będzie jeszcze trudniej wyjść. W międzyczasie dowiedziałam się, że leczenie onkologiczne, nie musi wiązać się z hospitalizacją i rozłąką z najbliższymi, co dało mi duży spokój wewnętrzny. 

Kto był dla Ciebie największym wsparciem?  
Prawdę mówiąc, zawsze o sobie myślałam, że jestem jak pies i - jak to się mówi - "rany liżę w samotności". Chyba nie oczekiwałam jako takiego wsparcia, a po prostu normalności. Tą z kolei zapewniły mi dzieci, bo troje małych ludzi może być bardziej wyrozumiałych, wciąż to jednak dzieci, które potrzebują i chcą być tylko dziećmi. Pomocą na pewno był mąż i rodzice, którzy opiekowali się nimi, gdy akurat miałam podawaną chemię. W gorszych momentach pisałam i zaczytywałam się w grupie amazonek na portalu społecznościowym. Bez wątpienia nikt nie rozumiał mnie tak jak one.

Jak zmieniło się Twoje życie po diagnozie?  

Życie wbrew pozorom nabrało kolorów. Drobiazgi cieszyły i dalej cieszą mnie bardziej. W trakcie leczenia starałam się sama sobie nie odpuszczać, więc w kwestii zajęć czy obowiązków nic się nie zmieniło. Ale to pewnie w dużej mierze dlatego, że chemioterapia minęła mi stosunkowo znośnie. Bolało mnie moje odbicie w lustrze, ale codzienny makijaż, niechodzenie bez przerwy w dresach i szlafroku, pomogły zbudować inną normalność. Dziś z tego wszystkiego została tęsknota za długimi włosami i strach, że ta historia może się niestety powtórzyć. Jakby nie patrzeć, najbliższe 5 lat to będzie czas zwiększonego stresu, choć staram się nie doszukiwać przerzutów w każdej swojej dolegliwości.


Co byś powiedziała innym chorym jako słowa wsparcia, porady?  

Przede wszystkim myślę, że warto słuchać siebie! Czasem popłakać ale zaraz potem uśmiechać się od ucha do ucha choćby na przekór. Sama często wmawiałam sobie, że wszystko jest ok.I robiłam to tak intensywnie, że autentycznie w to uwierzyłam! Poza tym rak kojarzy się głównie z wyniszczonym człowiekiem, a tak naprawdę wcale tak nie musi być. Można czuć się całkiem dobrze, gdy zaakceptuje się nową sytuację i przede wszystkim, gdy się zrozumie, że chemioterapia nie trwa wiecznie i w końcu nadejdzie jej koniec. Mnie w tym pomógł pierścionek z ilością szkiełek równą ilości wlewów na oddziale. Odhaczałam je w swojej głowie, niczym żołnierz. 

Co jest istotne w życiu z chorobą - dieta? Sport? Dbałość o psychikę? 

Walka z chorobą jest trudna i każdy zdaje się musi znaleźć na nią swój sposób. Myślę że kluczowe jest nastawienie, a to niejednokrotnie ma nierozerwalny związek z aktywnością fizyczną czy dietą, niekiedy również z poczuciem humoru. Każdy jest inny, a w tym trudnym czasie cudownie jest być najlepsza wersją siebie wsłuchaną w swoje potrzeby.

A jak wyglądała Twoja relacja z lekarzami? Czy mogłaś liczyć na służbę zdrowia? Ufałaś jej czy też szukałaś specjalistów na własną rękę?

Służba zdrowia i rak niestety nie idą tą samą drogą. Brak jest wystarczającej ilości badań i czasu, by zapewnić pacjentowi spokój w leczeniu czy rekonwalescencji. Często na korytarzu spędza się po kilka godzin, tylko po to, by zamienić z lekarzem ledwie kilka słów. Początkowo trafiłam pod opiekę pewnego doktora, który podczas mojej rozmowy z nim o rekonstrukcji piersi powiedział "ma pani męża, troje dzieci... Jakoś to będzie"... To był ostatni raz, gdy widziałam tego człowieka. Nie chcę kwestionować jego wiedzy, ale to był moment, w którym straciłam do niego zaufanie. Wtedy z polecenia innej amazonki, trafiłam do mojego doktora, którego celem było nie tylko wyleczyć mnie, ale też zapewnić mi satysfakcjonujący efekt estetyczny. Od tamtego momentu moje leczenie kontynuowałam w wielkopolskim centrum onkologii. Najlepsza decyzja! Tu też są kolejki, czasem sfrustrowani medycy i pacjenci, ale ufam moim lekarzom. Wypełniam ich zalecenia, przychodzę na kolejne wizyty, robię badania. Mogę podkreślić, że póki co mój przypadek (zdaje się) nie był nad wyraz trudny (odpukać), czyli nie było przerzutów, męczących skutków ubocznych itd. Świadomość jednak, że z naszym lekarzem gramy niejako w jednej drużynie, do jednej bramki jest bezcenny i wyjątkowo ważny. W walce z nowotworem nie powinno się tracić czasu na niepotrzebne wątpliwości. Poza tym zwyczajnie dobrze jest mieć lekarza-człowieka, który tak po ludzku jest po naszej stronie.

Jak Twoja sytuacja wygląda obecnie ?

Na dzień dzisiejszy wracam na drugą stronę mocy, tą która pamiętam sprzed tej nieprzyjemnej przygody. Są leki, zastrzyki, badania kontrolne, ale przede wszystkim wciąż jestem mamą trójki skarbów, żoną zakochaną w swoim mężu i córką. A także przyjaciółką czy koleżanką. Cieszę się, że żyję. Czasem się złoszczę, ale mniej niż kiedyś, bo szkoda mi energii na banały. Staram się jednocześnie być po prostu dobrym człowiekiem, bo nie wiem ile czasu jest jeszcze przede mną.

Skąd nazwa bloga “Taka młoda a ma raka”?

Nazwa strony to taki trochę przekorny twór. Od początku nie chciałam, by ktokolwiek się nade mną litował. W szpitalu zaś podczas chemii właściwie zawsze byłam najmłodsza. Miałam wrażenie, że starsi pacjenci tak mnie właśnie postrzegają, jakby mówili i myśleli "taka młoda i ma raka". Od początku zaś wiedziałam, że blog będzie niejako zaklinaniem tej rzeczywistości, a nie miejscem użalania i skutku. Trochę próbowałam wyśmiać sytuację, jaka mnie spotkała, ale też jednocześnie pokazać choćby jednej osobie jak ważne są badania, niezależnie od wieku.

Facebook >>> Taka młoda i ma raka

Red. Natalia Ignacek